Piątek, 20 lipca 2018 rok

Nasz Dziennik - Boroń: Słownik destrukcji

19-06-2018

Jak manipulacje pojęciami prowadzą do społecznych zmian.

Język jest żywy, język się rozwija, słowa nabierają nowych znaczeń, w czym więc problem, gdy spotykasz się z inną definicją? – mówią niektórzy, a czasem ich intencją bywa bagatelizowanie problemu. Tymczasem problem jest wielki, bo język – najważniejsze spoiwo narodu, podstawowy wyróżnik naszej tożsamości, staje się narzędziem manipulacji zamiast porozumienia. Trzeba bić na alarm, bo jeżeli jako Polacy utracimy podstawowe narzędzie komunikacji, to wspólnota rozpadnie się, a po drodze będzie wiele ofiar zróżnicowanych definicji. Język jest także miarą rozwoju cywilizacyjnego narodu. To sprawnością nazwania stanów, wrażeń i rzeczy można mierzyć poziom narodu, który jest zdolny do tworzenia pojęć jako powszechnie nadawanych i odbieranych kodów myślowych. W słowotwórstwie, a nie w przeinaczaniu pojęć powinna się przejawiać nasza inwencja twórcza. Przede wszystkim zaś dbajmy o jak najbliższe rozumienie używanych pojęć przez komunikujących się. Dogadamy się, gdy np. wypowiedziane i usłyszane słowo „wolność” będzie znaczyło to samo. Cóż jednak powiedzieć, gdy ktoś umyślnie – szczególnie poprzez mass media – zmienia zakres rozumienia jakiegoś pojęcia? To głupota lub świadoma działalność na szkodę wspólnoty: efekt wieży Babel. A czyż od uświadomienia sobie, że posługujemy się np. tak różnymi językami jak polski i chiński, nie jest jeszcze gorsza nieświadomość, że tak samo brzmiące słowo polskie jest w gruncie rzeczy inaczej rozumiane?

Projekty i spiski

Można żyć w błogim przekonaniu, że świat się po prostu kręci, zjawiska występują same z siebie i nie ma możliwości, aby ustalić, skąd pochodzą projekty przemian w słownictwie. Tymczasem – co najlepiej pokazują kampanie reklamowe – istnieją konkretne, a daleko posunięte w zamiarach plany autorskie, których istotą jest osiągnięcie określonych celów. Charakterystyczne jest również, że nadawanie nowego sensu starym wyrazom i wprowadzanie zamieszania pojęciowego wypływa częściej z mediów niż z naturalnych konwersacji. Jeżeli do tego jeszcze uwzględnimy, że kampanie owe są piekielnie drogie, to chyba nikt nie powinien się upierać, że dzieją się one ot tak, z niczego…

Nazwa jako zwycięstwo propagandy

Spory o rozumienie pojęć przypominają nieco pole bitwy, na którym tzw. ziemia niczyja stanowi bardzo ważny cel strategiczny jeszcze przed walnym starciem. To od przejęcia kontroli nad taką czy inną połacią, wzgórzem lub zagajnikiem zależy późniejszy los całych armii. Czasem przygotowaniem do rozstrzygającego ataku może być ostrzał artyleryjski. I takim przykładowym ostrzałem artyleryjskim przed szturmem na ludzkie życie było lansowanie słowa o pięknym brzmieniu na określenie brutalnych i bezdusznych czynów. Gdy zbrodniom nadano ładne nazwy, to i łatwiejsze stało się ich dokonanie.

Bywa tak, że pewne pojęcia obrastają społecznym doświadczeniem, co prowadzi do ich deprecjacji (np. rozwódka). Wówczas zwolennicy rozwodów uciekają od źle kojarzących się nazw i do tych samych zjawisk wymyślają nowe pojęcia. Wówczas „rozwódka” staje się kobietą wyzwoloną. W tym samym stylu skandalistka staje się w kolorowych dodatkach do niektórych pism „kobietą odważną”. W taki oto sposób ludzie nad Wisłą mówią różnymi językami polskimi.

Na użytek polityki

Wojna jako narzędzie polityki jest używana, gdy inne środki nie gwarantują skuteczności, jednakże w całej rozciągłości dziejów to słowa wystarczały jako narzędzia zniewolenia. Niektóre słowa odegrały szczególną rolę w kompromitowaniu wrogów lub ich zniewalaniu. Słowo wytrych „nacjonalizm” był w ostatnich dziesięcioleciach tak często używany, że w oczach wielu Polaków nawet się skompromitował, ale wciąż jeszcze większości z nas brak wiedzy historycznej dla wyjaśnienia jego osadzenia w rzeczywistości. Zdarza się jeszcze czasem zarzucanie Polakom nacjonalizmu, tak jakby mylono go umyślnie z patriotyzmem, a nawet faszyzmem. Tymczasem nacjonalizm sam w sobie to zjawisko, po pierwsze, podkreślające solidarność wspólnoty narodowej, po drugie, osłabiające władzę obcych wpływów, po trzecie, stojące w sprzeczności z takimi antyludzkimi ideologiami jak internacjonalistyczny komunizm, a po czwarte, tak powszechne, że należałoby zarzucać go praktycznie większości ludzi na świecie – gdyby było za co. Cóż bowiem złego w tym, że czujemy więzi z rodakami, posługującymi się tym samym językiem, związanymi z nami religią oraz dziejami i w duchu tej solidarności chcemy rozwijać się we wspólnym narodowym państwie? Zło zaczyna się dopiero w różnego rodzaju wynaturzeniach takiej postawy. Zabieg manipulacyjny polega na wypełnieniu tą samą treścią kilku różnych terminów!

Dyktatura tolerancji

Słowem, które zrobiło wręcz zatrważającą karierę na przestrzeni ostatnich trzech pokoleń, jest „tolerancja”. W różnych mediach od około półwiecza staje się ono synonimem akceptacji, a nawet wsparcia, choć łaciński źródłosłów wskazuje na znaczenie „muszę coś cierpieć, ale jeszcze znoszę”. Tolerancja to nie tylko słowo, to lansowanie całej postawy społecznej wobec zjawisk, które dawniej „w duchu chrześcijańskim” były cierpiane, a dziś mają być akceptowane. Co więcej, przestrzeń publiczna zostaje jakby zawładnięta przez tak rozumianego ducha tolerancji, który nie znosi postawy przemyślanej rezerwy, a nakazuje uśmiech i przytakiwanie wobec wszystkiego, co w duchu tolerancji zostaje narzucone. Jak widać już na pierwszy rzut oka, w takiej logice jest jakieś zapętlenie, ale być może – jak mawiali nasi przodkowie – w tym szaleństwie jest metoda, by łowić w mętnej wodzie. Zatem już nie tylko przeinaczone znaczenie pojęcia „tolerancja”, ale wręcz całe zjawisko z nią związane narzuca postawy, a wśród nich np. funkcjonowanie tzw. osoby towarzyszącej. Jak wiemy, od dawien dawna na różnego rodzaju bale, imprezy, spektakle itd. zapraszano wraz z małżonką lub z małżonkiem. W wyniku przeobrażeń etycznych od jakiegoś czasu uwzględnia się zapraszanie z bliżej nieokreśloną „osobą towarzyszącą”. O ile jednak dawniej znaczyło to pewien substytut – jak by to określono w dyplomacji – niższą rangę, o tyle dziś coraz częściej w duchu źle pojętej tolerancji narzuca się wszystkim miano „osób towarzyszących”, tłumacząc to „wolnością” doboru okazjonalnych skojarzeń ludzi na imprezach. W efekcie, „duch tolerancji” służy podkopywaniu prestiżu związków konsekrowanych.

Prawda nadrzędna

Rozważania nad poszczególnymi terminami można mnożyć, ale zawsze w końcu pragniemy sięgnąć tej prawdy, która mogłaby tłumaczyć łącznie wszystkie spostrzeżenia przyczynkarskie. Jest to (nomen omen) rozumienie prawdy. Wszystko, co się powyżej powiedziało, dotyczy właśnie rozumienia, czym jest prawda. Dla jednych jest bowiem wartością absolutną, istniejącą niezależnie od naszych zdolności poszukiwawczych, wartością, której hojnym depozytariuszem jest sam Bóg. Dla innych prawdą jest, cokolwiek się wypowie, prawd może być nieskończona ilość, a różne prawdy mogą być nawet ze sobą sprzeczne. Wobec tego – uważają – „prawdami” można żonglować, bo prawdy nie da się zweryfikować, bo – jak to mówią – „słowo przeciw słowu”. To smutna konstatacja, ale chociaż diagnozująca i uświadamiająca, że należy w tym przypadku leczyć zarówno przyczyny, jak i skutki.

Piotr Boroń

Źródło: Nasz Dziennik.


Udostępnij