Sobota, 20 października 2018 rok

Gość Niedzielny - Jurek: Wiek rewolucji trwa

07-08-2018

Paliwem rewolucji jest żądza władzy, motorem – po prostu nienawiść.

Minęło sto lat od inicjalnej zbrodni dwudziestowiecznych totalitaryzmów, od zamordowania przez bolszewików całej rodziny cesarza Rosji Mikołaja II. Mord ten zanika w cieniu wszystkich późniejszych barbarzyństw krwawego stulecia, które zapoczątkował. Pozostaje jednak wstrząsający, gdy widzi się indywidualne twarze jego ofiar. I gdy słyszy się głuchą ciszę nad ich niepochowanymi prochami, nawet w dniu, kiedy nie sposób o tym nie pamiętać. Ich winą było to, kim byli. Ojciec tej rodziny był oczywiście dziedzicem krzywd wyrządzonych przez swych przodków naszemu narodowi, choć jego polityka polska (i polityka w ogóle) na pewno nie była polityką Aleksandra III, a już na pewno – Mikołaja I. Ale te wszystkie, ciekawe skądinąd, rozważania należy odsunąć na bok, myśląc o jego żonie, córkach, niepełnosprawnym synu. Dla Polaka najlepszą reakcją jest tu chyba ponowna lektura „Końca dynastii” Zbigniewa Herberta. I uświadomienie sobie, jak bardzo ta „egzekucja” jest niepodobna nawet do wcześniejszych rewolucyjnych królobójstw, do śmierci Karola I czy Ludwika XVI, i jak bardzo przypomina mord w dołach katyńskich.

Ale ta rocznica to jednocześnie dobra okazja, by sięgnąć do genealogii ideowej zbrodni XX wieku, by przypomnieć zapomnianego prekursora rewolucji bolszewickiej, najważniejszego rosyjskiego mentora Lenina, Piotra Tkaczowa. Jego niezwykłą postać utrwaliła literatura światowa, choć niewielu czytelników „Biesów” zdaje sobie sprawę, że to właśnie on był pierwowzorem Szygalewa, „teoretyka” grupy Wierchowieńskiego. Ten bezkompromisowy działacz i oryginalny myśliciel za młodu był przekonany, że aby skutecznie zmienić społeczeństwo, trzeba zabić wszystkich ludzi, którzy już skończyli 30 lat życia. To pewnie tam ma początek „jedno z romantycznych haseł hippisowskiej rewolucji”: nie wierz nikomu po trzydziestce.

Gdy Tkaczow trochę dojrzał, zaczął po prostu bardziej metodycznie rozważać socjologię przyszłej rewolucji, relacje między tymi, którzy mają ją zrobić, tymi, którzy będą stanowić jej narzędzia, i tymi, którzy posłużą za nawóz historii. Szczególnie interesowała go kwestia chłopska. Czterdzieści lat przed przejęciem władzy przez Lenina pisał, że choć najpierw „mniejszość rewolucyjna zniszczy bezpośrednich wrogów rewolucji”, jednak „nie może na tym poprzestać. Musi ona wnieść swą burzącą, rewolucyjną działalność również do samego wnętrza życia chłopskiego – musi dążyć do usunięcia z tego życia form starych, wrogich wobec komunistycznego postępu, zastępując je formami najbardziej przystosowanymi do jego potrzeb. Właśnie jednak po to, by mieć możność kontynuowania swej burzącej, rewolucyjnej działalności w tych sferach, w których trudno liczyć na czynne poparcie i współdziałanie większości ludu – właśnie po to mniejszość rewolucyjna powinna mieć siłę, władzę i autorytet”. Prześladowania chłopów, zakończone głodowym ludobójstwem na Ukrainie, nie były przypadkowym wypaczeniem, ale konsekwencją założeń, które sprawcy już dziesiątki lat wcześniej jasno sobie zdefiniowali.

Tkaczow wywarł dostateczny wpływ na historię, byśmy mogli uświadomić sobie trwałe znaczenie jego przesłania. Rewolucja nie utożsamia się z tymi, których podburza. Jej deklamacje o dyskryminacji, którą należy bezwzględnie usunąć – nie są dyktowane współczuciem wobec tych, których wzywa do buntu. Jej paliwem jest zawistna żądza władzy, motorem – po prostu nienawiść. Dlatego rezygnuje z góry z poszukiwania praktycznych sposobów pomocy tym, którym opowiada o ich krzywdzie.

Dziś w Europie również toczy się rewolucja. U jej podstaw jest przewrót intelektualny dokonany przez frankfurckich ojców neomarksizmu. To oni stwierdzili w połowie XX wieku, że robotnicy są zbyt konserwatywni, za bardzo zatroskani o swoje rodziny, zbyt związani ze swymi ojczyznami – by uczestniczyć w zniszczeniu społeczeństwa, w którym żyją. To wtedy pojawiła się idea „mniejszości”, rewolucyjnego potencjału, którym dysponują społeczności nieidentyfikujące się moralnie z otoczeniem: imigranci motywowani antyzachodnim resentymentem, grupy odrzucające moralność seksualną, radykalna młodzież, pragnąca udziału w rewolucyjnym spektaklu buntu i nienawiści na żywo. Ale za tą ideologią, jak w wypadku Tkaczowa myślącego o wykorzystaniu rozgoryczenia chłopów – nie stała sympatia wobec islamu ani współczucie dla homoseksualistów nieradzących sobie ze swymi skłonnościami. Jedynie przekonanie, że można wykorzystać ich uprzedzenia wobec cywilizacji chrześcijańskiej i państwa, wobec tradycji narodowej i rodziny. I uparte „poszukiwanie sprzeczności”, dzięki którym można rozniecić konflikty, które porządek społeczny wysadzą w powietrze.

Marek Jurek

Źródło: gosc.pl.


Udostępnij